Dołącz do czytelników
Brak wyników

Pracownia pedagogiczna

27 sierpnia 2020

NR 118 (Wrzesień 2020)

Przepis na sukces ucznia

34

Nauczyciele życzą go uczniom, rodzice dzieciom. Sukcesu w nauce, dobrych stopni, „samych piątek w szkole”… Co tak naprawdę umożliwia jego osiągnięcie? Co pod pojęciem sukcesu edukacyjnego rozumieją nauczyciele, rodzice, a co sami uczniowie?

Pod koniec roku szkolnego natknęłam się w internecie na wymianę zdań między rodzicami dotyczącą „czerwonego paska” na świadectwie. Inicjatorka dyskusji próbowała przekazać, że za owym czerwonym paskiem mogą czasem kryć się nadmierne ambicje rodziców względem dziecka i jego wysiłek, aby tym ambicjom sprostać. Konsekwencją takiego podejścia opiekunów może być np. mniej czasu wolnego dziecka i rzadsze relacje z rówieśnikami. Pomiędzy rodzicami wywiązała się ożywiona wymiana zdań, w której można było wyodrębnić trzy „nurty”: 1) wykształcenie i kompetencje „formalne” to podstawa, tylko one mogą zapewnić dziecku sukces (zwłaszcza finansowy) w dorosłości; 2) każdy może być szczęśliwy, niezależnie od poziomu wykształcenia i wykonywanego zawodu, nawet będąc przysłowiowym sprzątaczem, co więcej – nie mając wyższego wykształcenia, również można bardzo dobrze zarabiać; 3) nie wolno zapominać, że niektórym dzieciom nauka faktycznie przychodzi bez trudu, dzięki czemu mają czas na rozwijanie przyjaźni, zabawę, a nawet działania prospołeczne typu wolontariat. Inne przeciwnie, muszą włożyć więcej wysiłku w uzyskiwanie jak najlepszych ocen, co rzeczywiście może odbić się na pozostałych sferach ich życia. Jednak dzieci z pierwszej i drugiej grupy zasługują na dokładnie taki sam szacunek i docenianie ich starań. 
Wśród rodziców przeważał pogląd nr 2, jednak, co ciekawe, przekonanie o dominującym znaczeniu formalnego wykształcenia oraz o „wyższości” pewnych zawodów nad innymi reprezentował pan, który sam nie skończył studiów, choć równocześnie przyznał, że zarabia bardzo dobrze. Mimo to w jego wypowiedziach pojawiła się m.in. tęsknota za „chodzeniem w garniturze”, co, jak deklarował, zamierza zapewnić swoim dzieciom.
Potraktujmy powyższą dyskusję jako wstęp do rozważań na temat podłoża życiowego „sukcesu”, którego wszyscy dorośli życzą swoim dzieciom. Czy stoją za nim wyłącznie kompetencje poznawcze, inteligencja, dobre oceny w szkole i znajomość języków obcych? A może potrzebne jest coś jeszcze, a jeśli tak, to co? A wreszcie, jaka może być w tym kontekście rola szkoły i nauczycieli? Tym zagadnieniom chciałabym przyjrzeć się na gruncie niniejszego artykułu. 

POLECAMY

Szkoła, szkoła, a po szkole…

Każdy, kto pracuje w szkole, zapewne bez trudu wskaże przykłady rodziców reprezentujących poglądy takie, jakie ma opisany w dyskusji tata. Wielu dorosłych nadal uważa, że inteligencja, wyższe wykształcenie i znajomość obcych języków to podstawa powodzenia w życiu. Punktem wyjścia powinny być oczywiście (bardzo) dobre oceny, których część rodziców oczekuje od dziecka. Niektórzy idą o krok dalej, zapewniając mu zajęcia dodatkowe – językowe, sportowe, z informatyki. Same w sobie zajęcia takie mają oczywiście niezaprzeczalną wartość, ponieważ stwarzają okazję do rozwijania mocnych stron oraz czerpania radości z ulubionych aktywności. Z drugiej strony dzięki nim dziecko może przekonać się, czy w ogóle coś lubi lub wręcz – że jakaś forma aktywności absolutnie „nie jest dla niego”, i to również są cenne odkrycia. Wszystko w porządku, jeśli u podstaw zachęcania dziecka do próbowania i uczenia się nowych umiejętności leży przede wszystkim uważne obserwowanie go, podążanie za nim i dostrzeganie jego zasobów. Gorzej, jeśli dziecko jest zapisywane na takie zajęcia albo z powodu wygórowanych oczekiwań dorosłych, albo z powodu mody („wszyscy na coś chodzą”). W takich wypadkach trudno oczekiwać, że naprawdę zainteresuje się ono danym tematem. Wręcz przeciwnie, z czasem prawdopodobnie zacznie odmawiać w nich udziału, a w skrajnym przypadku może zacząć sądzić, że jest kochane głównie za oceny i osiągnięcia, a nie za to, że po prostu jest.

A co na to nauka?

Źródła sukcesu zawodowego analizował jeszcze w latach 60. i 70. ubiegłego wieku David McClelland, psycholog zajmujący się m.in. zagadnieniem motywacji i potrzeby osiągnięć. Wskazał on, że ów sukces nie zależy wyłącznie od zdolności poznawczych, ale także od innych kompetencji, jednak nie nazwał ich konkretnie. Wątek ten pociągnął Richard Boyatzis, uczeń i współpracownik Mc-
Clellanda, który w książce The competent manager nazwał tę kompetencję – miała to być inteligencja emocjonalna. Pojęcie „inteligencji emocjonalnej” stało się bardziej znane w Polsce dopiero w latach 90. za sprawą książki Daniela Golemana. W dużym skrócie, termin ten zawiera w sobie takie składowe, jak: świadomość własnych emocji, tj. rozpoznawanie ich; kierowanie emocjami – panowanie nad nimi, aby były właściwe w każdej sytuacji, niepoddawanie się złemu nastrojowi, optymistyczne patrzenie w przyszłość; zdolność do motywowania się – dążenie do celu mimo niepowodzeń, umiejętność podporządkowywania emocji wybranym celom, odraczanie pragnień; rozpoznawanie emocji u innych i dostrajanie się do nich (empatia); umiejętność nawiązywania relacji społecznych i podtrzymywania ich. Cytując autora, „(…) istniejące dane zdają się świadczyć, że ten zbiór cech może mieć wielki, czasami nawet większy niż iloraz inteligencji wpływ na nasze życie (…)”. „Ani oceny uzyskiwane w szkole, ani iloraz inteligencji, ani wyniki testów nie pozwalają bezbłędnie przewidzieć, kto odniesie w życiu sukces”. 
Przyjmijmy zatem, że choć umiejętności formalne, szkolne oraz inteligencja są ważne, mogą nie wystarczyć. Nawet wybitne zdolności matematyczne nie pomogą, jeśli uczeń nie poradzi sobie ze stresem w trakcie olimpiady, a nawet najlepszy sportowiec nie zajdzie daleko, jeśli przytłoczy go świadomość rywalizacji lub okazjonalna przegrana. Co zatem może robić nauczyciel, aby wspierać rozwój kompetencji społeczno-emocjonalnych ucznia?

Rola szkoły

Być może zabrzmi to idealistycznie, ale zaryzykuję: warto odejść od przekonania, że pobyt w szkole polega wyłącznie na uzyskiwaniu ocen, najlepiej dobrych. 

Kształtowanie pozaedukacyjnych kompetencji
Ideałem byłoby, gdyby szkoła kształtowała również inne kompetencje, takie jak np. umiejętność radzenia sobie ze stresem, bezprzemocowe rozwiązywanie konfliktów, empatia, pozytywna samoocena, uważne słuchanie. W tym celu można posiłkować się założeniami „Porozumienia bez przemocy” (Nonviolent Communication). Podejście to warto potraktować jako alternatywę dla tradycyjnego rozwiązywania (szkolnych) problemów, kiedy to autorytet dorosłego jest traktowany jako rozstrzygający. Na gruncie NVC dzieci są zachęcane do samodzielnego szukania rozwiązań (dorosły jest wówczas jedynie moderatorem w tym procesie), np. za pomocą rozmów w kręgu (każdy ma prawo głosu, każdy jest pytany o zdanie) lub w parach (rozwiązanie musi zostać zaakceptowane przez obie strony, dzieci negocjują ze sobą tak długo, aż uda im się osiągnąć ten cel). Dzieci uczą się także uważnego słuchania siebie nawzajem („Jasiu, czy usłyszałeś, co Zosia powiedziała? A co ty chciałbyś powiedzieć Zosi?”). Blisko związana z tym podejściem jest także… medytacja, kształtująca zdolność koncentracji na „tu i teraz”1 oraz zwiększająca świadomość stanu własnego organizmu, co zwrotnie przyczynia się do zmniejszenia napięcia i lepszego radzenia sobie ze stresem. Nie zaszkodzi poświęcić temu tematowi jedną–dwie godziny wychowawcze (tak, aby uczniowie mogli praktykować nowo nabytą umiejętność także w domu) lub część cyklu zajęć z psychologiem. Wreszcie, warto przeznaczyć więcej czasu na promowanie innych aktywności niż nauka poszczególnych przedmiotów, takich jak np. wolontariat lub dbanie o środowisko, właśnie po to, aby dzieci mogły się przekonać, że pobyt w szkole to nie wyłącznie nauka i sprawdziany.

Odkrywanie potencjału ucznia
Jeśli zgadzamy się, że każdy ma jakąś mocną stronę lub potencjał, to zadaniem nauczyciela będzie pomoc uczniowi w ich odkryciu. Przyda się zatem uważne obserwowanie dziecka pod kątem tego, co je angażuje i sprawia mu autentyczną radość, niezależnie od tego, czy będą to zajęcia plastyczne, matematyczne czy piłka nożna – bez wartościowania, co jest bardziej, a co mniej „przyszłościowe”. Zauważanie i docenianie nie tylko samych sukcesów, lecz także wysiłku i zaangażowania wkładanego przez dziecko w daną dziedzinę zawsze ma wartość, ale pytanie, jak to robić. Stwierdzenie: „Jasiu, dostałeś piątkę” to za mało. Lepiej powiedzieć: „Jasiu, twoje wypracowanie zainspirowało mnie, aby pogłębić ten temat podczas kolejnych lekcji” lub „Nie każdemu starczyłoby cierpliwości i zaangażowania, aby nauczyć się na pamięć tylu obcych słówek w tak krótkim czasie”. Warto przy tym zauważyć, że pochwała formułowana w taki sposób, także na forum grupy, nie „uderza” w pozostałych uczniów – nie sugeruje, że są „gorsi” lub że za mało się starają, a tym samym nie podsyca rywalizacji. „Wyróżnianie” i docenianie będzie mieć tym większe znaczenie, jeśli wychowawca (nauczyciel) reprezentuje inną dziedzinę niż ta, która pasjonuje dziecko. Na przykład wówczas, kiedy wychowawca to matematyk, natomiast dziecko odnosi sukcesy w sporcie/pisze ciekawe wypracowania, ale akurat matematyka nie jest jego mocną stroną: „Pani od polskiego wspominała mi ostatnio, że zostałeś wyróżniony w konkursie na opowiadanie o…, musisz być z siebie dumny!”. Wreszcie, jeśli dziecko ujawnia potencjał w określonej dziedzinie, warto zachęcać je (nie zmuszać!) do udziału w konkursach, olimpiadach itd. Będzie to dla niego kolejny sygnał, że nauczyciel docenia jego możliwości.

Podtrzymywanie motywacji i wiary w siebie
Nawet najlepiej zapowiadający się piłkarz/matematyk może na początku ponieść porażkę, i to niejedną. Zadaniem nauczyciela będzie wówczas podtrzymywanie jego motywacji i wiary w siebie. Jak to robić? Trzeba przede wszystkim nazwać emocje, których dziecko doświadcza w związku z niepowodzeniem, mówiąc np. „Widzę, jak bardzo ci przykro/jak bardzo jesteś zły/rozżalony, że nie udało ci się wygrać. To nie jest miłe uczucie, kiedy ktoś jest od nas lepszy. Niełatwo również doświadczać porażki, kiedy włożyło się tyle wysiłku w przygotowanie do zawodów, kiedy do zwycięstwa brakowało tak niewiele”. W ten sposób pokazujemy dziecku, że szanujemy jego uczucia i że w tej sytuacji są one zupełnie naturalne. Można dodać: „Tak to już jest, że wygrać może tylko jedna osoba/jeden zespół – tak jest w sporcie oraz w przypadku innych konkursów. Zauważ, że po meczu piłki nożnej wszyscy piłkarze – zwycięzcy i pokonani – podają sobie ręce na znak szacunku. Ci, którzy wygrali, często podkreślają, że przeciwnik był wymagający, że nie było łatwo z nim wygrać. Ci zaś, którzy przegrali, za jakiś czas ponownie stają do zawodów. Dotyczy to wszystkich sportowców, również tych najsłynniejszych i nawet oni czasem doświadczają porażek”. Można przy tym zaznajomić ucznia z zagadnieniem sportu osób niepełnosprawnych, gdzie oprócz wygranej liczy się przede wszystkim wola walki i pokonywanie własnych ograniczeń. Warto także przytoczyć przykład maratonu – zwycięzca jest jeden, ale biorą w nim udział setki ludzi, dla których powodem do dumy jest samo przebiegnięcie tak długiej trasy.

Wykorzystanie własnych doświadczeń
Pomocne może się także okazać wykorzystanie własnego przykładu. „Wiesz, mnie też czasem nie wszystko udaje się od razu, choć bardzo się staram. Jestem wtedy zły i rozczarowany, ale potem próbuję ponownie. Na przykład dopiero za trzecim razem zdałem egzamin na prawo jazdy, przez chwilę nawet sądziłem, że nigdy mi się to nie uda”. W ten sposób urealniamy dziecku sytuację, pokazując, że porażka, choć nieprzyjemna, zdarza się każdemu, jednak nie przekreśla dalszych starań. Co więcej, świadomość, że nawet znajomy dorosły – nauczyciel – nie jest „doskonały”, że czasem co...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań magazynu "Głos Pedagogiczny"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy