Dołącz do czytelników
Brak wyników

Twarzą w twarz

17 sierpnia 2018

NR 87 (Marzec 2017)

Każdy telefon jest dla nas tak samo ważny

0 244

Rozmowa z Lucyną Kicińską, koordynatorką telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży 116 111

Na początek trochę statystyki. Od jak dawna działa Państwa telefon zaufania dla dzieci i młodzieży? 

Telefon został utworzony dokładnie 6 listopada 2008 roku, zgodnie z decyzją Komisji Europejskiej o krajowej rezerwacji numeracji zaczynającej się od 116 111 na potrzeby działania telefonów dla dzieci. Ta decyzja oznacza, że w każdym kraju Unii Europejskiej pod tym samym numerem 116 111 powinien działać telefon zaufania dla dzieci, a jeżeli jakieś państwo-członek nie chce wdrażać takiej numeracji, to musi zapewnić, że ten numer telefonu będzie zablokowany, zarezerwowany. Polska była piątym krajem, który uruchomił linię 116 111 i umożliwił dzieciom korzystanie z tej anonimowej pomocy i wsparcia. 

Ile mają Państwo prób połączeń dziennie?

Dziennie odbieramy od 300 do 700 połączeń – w zależności od długości rozmów. Prób połączeń jest oczywiście dużo więcej. Czasem jest tak, że dziecko musi kilka, kilkanaście razy zadzwonić, aby uzyskać wolną linię. W 2016 roku odebraliśmy łącznie 117 572 połączenia.

Dzieci mogą też pisać do nas wiadomości przez stronę internetową 116 111.pl/napisz, a w sytuacjach zagrożenia bezpieczeństwa mogą też wejść na chat – ale podkreślam, że ten chat dotyczy tylko sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa online.

Każdy telefon jest dla nas tak samo ważny, każde odebrane połączenie jest traktowane z taką samą powagą i z takim samym zaangażowaniem z naszej strony, bo nawet coś, co można by kolokwialnie nazwać błahostką, dla tego dziecka jest całym światem. I to jest bardzo ważne, żeby każde dziecko miało takie miejsce i takiego dorosłego, który go nie wyśmieje, który go zrozumie, który powie, że jest w tej rozmowie tylko po to, żeby pomóc zrozumieć, co się dzieje, i znaleźć najlepsze rozwiązanie. 

Kim są Państwa konsultanci? To psychologowie, pedagodzy? 

Tak. Psychologowie, pedagodzy, pracownicy socjalni, osoby, które ukończyły resocjalizację, ale też bardzo często terapeuci, osoby, które pracują z dziećmi bezpośrednio w kontakcie twarzą w twarz. Każdy z nich ma też specjalistyczne przygotowanie do pracy właśnie w telefonie zaufania, a więc do kontaktu tylko i wyłącznie głosowego, kiedy nie widzi się osoby, z którą się rozmawia. Bardzo dbamy o to, żeby jakość świadczonej przez nas pomocy była możliwie najwyższa.

W jakim wieku są osoby, które do Państwa dzwonią? Według obiegowej opinii są to przede wszystkim nastolatki, które mierzą się z okresem dorastania i z problemami z tego wynikającymi. A czy zdarzają się też młodsze dzieci? 

Najczęściej dzwonią do nas dzieci w wieku 12–15 lat, później młodzież w wieku 15–18 lat. Dopiero w następnej kolejności są to dzieci młodsze, czyli podstawówka, zdarzają się też dzieci poniżej 6. roku życia. 

Od czego zwykle zaczyna się taka rozmowa? Czy dziecko od razu opowiada o swoim problemie, czy trzeba go z niego troszkę wydobyć? 

Wszystko zależy od dziecka. Są takie, które od samego początku zaczynają opowiadać swoją historię. Mówią „już dłużej nie wytrzymam”, są gotowe do ujawnienia problemu. Są też takie dzieci, którym towarzyszące problemom emocje uniemożliwiają rozmowę.  W takiej sytuacji najpierw musimy zająć się stanem emocjonalnym dziecka, tym, żeby ono poczuło się bezpieczniej, żeby trochę spadło napięcie związane z tym problemem. Oczywiście są też dzieci, które nas testują, sprawdzają, jak zareagujemy, opowiadają nam jakąś historię i sprawdzają, czy damy gotowe rozwiązanie, czy może powiemy, że to nie jest problem i żeby nam nie zawracali głowy itd. 

Natomiast są też takie dzieciaki, które dopiero w rozmowie z nami odkrywają, co jest ich prawdziwym problemem. 

Każdy telefon jest dla nas tak samo ważny, każde odebrane połączenie jest traktowane z taką samą powagą i z takim samym zaangażowaniem z naszej strony, bo nawet coś, co można by kolokwialnie nawet nazwać błahostką, dla tego dziecka jest całym światem. I to jest bardzo ważne, żeby każde dziecko miało takie miejsce i takiego dorosłego, który go nie wyśmieje, który go zrozumie, który powie, że jest w tej rozmowie tylko po to, żeby pomóc zrozumieć, co się dzieje, i znaleźć najlepsze rozwiązanie. 

Panuje stereotyp, że z telefonu zaufania korzystają przede wszystkim dzieci z rodzin patologicznych, w których występuje przemoc, uzależnienia. Jak taki stereotyp ma się do prawdy? 

Skoro do nas zadzwoniło już w sumie ponad milion dzieci, to mielibyśmy ponad milion rodzin patologicznych. Możemy więc od razu uznać, że nie jest to prawda. Sama treść tych rozmów również zresztą pokazuje, że to nie jest prawda. Dziecko przeżywa jakąś trudność (niekoniecznie związaną z alkoholizmem czy przemocą w rodzinie), nie ma natomiast odwagi czy pomysłu, żeby pójść porozmawiać na ten temat z rodzicem, czyli osobą, dla której – w teorii – jest najważniejszy na świecie. Bardzo wyraźnie w wielu rozmowach wychodzi na jaw, że problem dotyczy komunikacji, swoistej blokady między rodzicem 
a dzieckiem, która często wynika z tego, że rodzic nigdy nie powiedział, a dziecko nigdy nie usłyszało, dwóch bardzo ważnych słów: „kocham cię”, albo „jakby coś się działo, to przyjdź do mnie, rozwiążemy twój problem”. 

Podczas różnego rodzaju konferencji i szkoleń, dorośli często mnie przekonują, że ich dziecko na pewno nigdy do nas nie zadzwoni. Zawsze pytam, skąd taka pewność, a w odpowiedzi słyszę zazwyczaj: „no, bo jakby coś się działo, to by do mnie przyszło”, ale kiedy pytam, czy powiedzieli kiedyś dziecku „gdyby coś się działo, to przyjdź”, patrzą na mnie ze zdziwieniem lub wyrzutem, czasem oburzają się i mówią „przecież to jest oczywiste, że przyjdą”. Ja mówię „dobrze, ale czy tę oczywistość pan/pani powiedział/a kiedyś na głos?”. „No, nie”. A ja wiem, jak to jest ważne dla dziecka, bo słyszałam to setki tysięcy razy. Niejedno dziecko miało opory, żeby pójść do rodzica, bo on mu nigdy nie powiedział, że może to zrobić. Przekonanie dziecka, żeby się na to odważyło, bywa niesamowicie trudne. 

Wracając jednak do pytania o tzw. rodziny patologiczne, to takie dzieci oczywiście również do nas dzwonią, ale to bardzo dobrze, bo my zrobimy wszystko, żeby problem rozwiązać. Niekoniecznie przez zabranie dziecka z tej rodziny, tylko np. przez udzielenie odpowiedniego wsparcia i pomocy tej rodzinie. Czasem ta pomoc to rzeczywiście wyjęcie dziecka z rodziny, o tym decyduje sąd. 

Jakich rad udzielają Państwo najczęściej dzwoniącym? Pani wspomniała tutaj przede wszystkim o próbie porozumienia się w rodzinie, ale dotyczy to przecież także kontaktu ze szkołą, prawda? 

Tak, tylko – co jest bardzo ważne – my w ogóle nie dajemy rad i gotowych rozwiązań. Istotne jest, by dziecko wiedziało, że samo może znaleźć różne rozwiązania i my je prowadzimy przez ścieżkę, jak się rozwiązań szuka. Poza tym, ja jako konsultant, który nie zna dziecka i jego rodziny, szkoły i lokalnych zasobów, nie wiem, czy warto jest odesłać je do pani pedagog, do pani psycholog, do wychowawczyni, czy może do mamy. To dziecko jest ekspertem od swojego życia, ja jestem od tego, żeby pomóc dziecku zidentyfikować osoby z otoczenia, które są dla niego bezpieczne i będą mogły je wspierać. Wiem, jakie zadać pytania, nie znam natomiast odpowiedzi. 

Proszę sobie wyobrazić taką sytuację: ma Pani jakiś problem i opowiada mi o nim, a ja mówię „o, a co to za problem, w sumie nic wielkiego, proszę oto najlepsze rozwiązanie. Zrób to i to, dokładnie tak jak Ci mówię”. W tym momencie Pani ma, niestety, niższą motywację do realizacji mojego planu, bo on jest mój i Pani nie będzie dla mnie podejmowała ryzyka zmian. Kiedy zaś mam w głowie jedno lub więcej rozwiązań, ale nie mówię o nich Pani, tylko zastanawiamy się wspólnie, analizujemy za i przeciw i Pani sama dochodzi do pewnych wniosków, sama podejmuje decyzje i to wybrane rozwiązanie będzie Pani rozwiązaniem. Dla siebie prawdopodobnie Pani zaryzykuje. Podobnie konsultant, który rozmawia z dzieckiem tylko przez telefon, nie staje się dla niego tak ważną osobą, żeby dziecko było skłonne podjąć ryzyko wprowadzenia zmian tylko dla niego, ale jeśli dziecko będzie czuło, że samo wypracuje konkretne rozwiązanie, to prawdopodobnie podejmie ryzyko i je zastosuje.

Kolejny powód nieudzielania przez nas konkretnych rad jest taki, że w dochodzeniu do rozwiązania dziecko przechodzi z nami przez ten proces analizy swojego zachowania i możliwych rozwiązań i może następnym razem, kiedy będzie miało problem, przeanalizuje to sobie tak, jak to analizuje z nami, i nie będzie już musiało dzwonić do telefonu zaufania. Chociaż zawsze mówimy dzieciakom, że mogą do nas zadzwonić ponownie, to bardzo nie chcemy, żeby dzieci uznawały nas za zewnętrzny ośrodek rozwiązywania problemów. Jesteśmy też po to, żeby rozwiązywania problemów uczyć. 

Ja jestem od tego żeby pomóc dziecku zidentyfikować osoby z otoczenia, które są dla niego bezpieczne i będą mogły je wspierać. Wiem, jakie zadać pytania, nie znam natomiast tych odpowiedzi. 

Czy zdarza się, że dzwonią do Państwa nie tylko dzieci, lecz także dorośli? 

Numer 116 111 jest zarezerwowany dla dzieci, ale mamy jeszcze numer 800 100 100 dla rodziców i nauczycieli w sprawie bezpieczeństwa dzieci. Rzeczywiście, dorośli do nas dzwonią, tylko że nie zawsze z pytaniem, jak budować relacje z dzieckiem, wspierać je czy chronić.

Niestety najczęściej jest tak, że problem jest już bardzo zaawansowany i nagle rodzic albo nauczyciel go zauważa, a wcześniejsze sygnały były ignorowane albo niedostrzegane. Typowym problemem, który pojawia się w rozmowach, a jednocześnie bardzo mnie porusza, jest samookaleczanie się przez dziecko, i to regularne. Kiedy dzwoni do nas rodzic czy nauczyciel z takim nawarstwionym problemem, oczywiście trochę szuka takiej pomocy dla dziecka, ale często dzieli się też własnymi emocjami związanymi z tą sytuacją i o ile będzie się z nami dzielił takim poczuciem porażki czy poczuciem rozpaczy, „jak mogłem do tego doprowadzić?”, to już jest bardzo dobrze, bo jesteśmy przy sednie problemu. Jeśli natomiast rodzic będzie nam prezentował złość na swoje dziecko albo na szkołę, że czegoś nie zauważyła, czyli będzie szukał winnego wszędzie, tylko nie w sobie, to już jest kwestia do przepracowania i wtedy nie tyle udzielamy konsultacji, ile zajmujemy się stanem emocjonalnym rodzica, tym, żeby mu pomóc zobaczyć tę sytuację taką, jaka jest. Oczywiście naszym celem nie jest udowodnić rodzicowi, że popełnił błąd, tylko pokazać mu tę sytuację bez zniekształceń i obron, a potem wyposażyć rodzica w taką siłę, żeby w momencie bycia z dzieckiem pokazywał ją, by móc rozwiązać problem, poradzić sobie z nim i wspierać nie tylko dziecko, lecz także pozwolić sobie na otrzymanie wsparcia. Dla rodzica czy pedagoga sytuacja, kiedy dowiaduje się, że dziecko bardzo długo nie było w stanie mu powiedzieć o jakimś swoim problemie, jest bardzo trudna, i wtedy też bardzo różnie rodzice, nauczyciele, pedagodzy reagują. Zdarza się, że rodzic czy nauczyciel mówi „ojej, dlaczego dopiero teraz mi o tym mówisz?”. I ja wiem, że rodzic mówi to, bo ma wyrzuty sumienia, że w pewnym sensie doprowadził do tego, że dziecko tak długo było samo z problemem. To zaś, co słyszy dziecko, to komunikat „znowu cię zawiodłem, bo mogłem przyjść i ci o tym wcześniej powiedzieć i nie byłoby takich problemów”. Często pracujemy więc również nad wyeliminowaniem błędów w komunikacji. Bardzo dużo rozmów z dorosłymi dotyczy też tego, rozmawiać. Czasem pytają się co się stało z moim dzieckiem, że nagle nie można się z nim porozumieć. To brzmi tak, jakby nagle przylecieli kosmici i na 5 lat zabrali dziecko z domu, kompletnie je zmienili i oddali rodzicowi. Jak to, co się z nim wydarzyło? Dzieciom nic się samo nie staje – to tylko my, dorośli, pozwalamy na to, co się naszym dzieciom staje. Bardzo często dorośli mówią: „popadł w złe towarzystwo”. Zawsze wtedy mnie dziwi, że nie padają pytania o to, kto pozwolił na „wpadnięcie” dziecka w złe towarzystwo, kto dał mu tyle swobody, tak mało zasad, albo kto nie reagował na zmianę w zachowaniu dziecka. Zadając te pytania nie chcę atakować rodziców i nie twierdzę też, że jest idealny świat, czy sposób wychowania dziecka, który sprawi, że wszystko będzie dobrze. Natomiast naprawdę w momencie, w którym dziecko ma naturalną życiową i rozwojową potrzebę eksploracji różnych środowisk i może trafić do tzw. chuligańskiej grupy rówieśniczej czy spotkać kogoś, kto będzie mu proponował alkohol i narkotyki, będzie miało dylemat, czy narazi się na niebezpieczeństwo, a my będziemy mieli pozytywnie zbudowaną więź z dzieckiem, będziemy rozmawiać, będziemy z nim w dobrym kontakcie, to dziecko do nas przyjdzie i jest możliwe, że będzie umiało odmówić używek czy zachowań ryzykownych swoim rówieśnikom. Musi jednak mieć tę bazę od nas.

W Polsce dużo mówi się o tym, jak wychowywać, chronić przed zagrożeniami małe dziecko, jak się nim opiekować i jak je pielęgnować. Wystarczy spojrzeć na półki w księgarniach – multum poradników dla rodziców noworodków, niemowląt i małych dzieci. Rodzice starszych dzieci, a już szczególnie nastolatków nie mają już takiego wsparcia – co im pozostaje? Puścić to dziecko w świat. A to prowadzi często do...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań magazynu "Głos Pedagogiczny"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy